Wiosna
Nawet liście na drzewach w większej ilości się już pojawiają. Nic, tylko żyć, nie umierać. Wzruszyłem się...
Nawet liście na drzewach w większej ilości się już pojawiają. Nic, tylko żyć, nie umierać. Wzruszyłem się...
Nie namawiam bynajmniej do zaprzestania nauki. Solidna edukacja jest podstawą do czegokolwiek, nawet, żeby to było posługiwanie się młotkiem. A propos prostych narzędzi - zdziwiłem się, gdy zobaczyłem, jak łatwo i szybko można heblować drewno... potluczonym szkłem. Wygląda na to, że nawet z odpadów daje się zrobić niezwykłe rzeczy.
Wracając z rozkosznych pól miodem i mlekiem płynących do internetowej, wirtualnej rzeczywistości napotykamy na coraz więcej serwisów, które stają się pełnoprawnymi aplikacjami internetowymi. W takich serwisach często pojawia się 'Learn more', czy 'Dowiedz się więcej' w rodzimym języku.
Zaczyna mnie to denerwować. Aplikacje te, zamiast postarać się o przejrzystość i intuicyjność interfejsu, oraz odpowiednie logo, dzięki któremu mógłbym określić, za co odpowiada dany serwis, odsyłają mnie z premedytacją do swojej pomocy.
Rozumiem, że streszczenie wszystkich cech danej aplikacji sieciowej nie jest możliwe na stronie głównej, ale gdyby tak podać słowa kluczowe, lub znaki graficzne (bardziej sugestywne, jeśli dobrze wykonane)? A co, gdyby w łatwy i przystępny sposób dostawać na sam początek np. trzy przyciski miast fury otaczających linków, a opcje zaawansowane będą dostępne dopiero po samodzielnym ich włączeniu? Czy nie byłoby lepsze wyświetlanie wskazówek początkującym - oczywiście też opcjonalne, ale domyślnie włączone?
Innym irytującym faktem jest to, że na dużej ilości stron brakuje rzucającego się przcisku 'About'. Przykład z życia: wchodzę na stronę jakiegoś skryptu forum w PHP (PunBB). Mam określony cel - chcę przeczytać, w czym to forum jest lepsze i dla jakiej grupy użytkowników je przeznaczono.
Piętnaście sekund zajęło mi znalezienie przycisku 'About'. Gdybym był mniej zachęcony layoutem strony, na której to forum działa - pewnie już wcześniej bym nacisnął ^W. Dlaczego tak? Nie spodziewałem się tak oczywistego położenia tego linka - zazwyczaj znajdują się one nieco bardziej po prawej stronie i tam właśnie zacząłem poszukiwania.
Teraz pomyślmy, co by było, gdyby wyróżnić go na zielono, pogrubić, lub dać inne tło pod niego. Byłoby widać od razu? Z pewnością. A przecież tego właśnie chcemy i my, użytkownicy, i my, developerzy.
Oto Music Player Daemon, demon do zadań muzycznych. Jak to diabeł, działa skutecznie, o ile dobrze go poinstruujemy. W połączeniu z pomniejszymi pomiotami może stanowić konkurencję większości wiodących programów do odtwarzania muzyki. Jego poważną zaletą jest mała zasobożerność - gdy schowa się w zakamarkach naszego systemu, przęciętny użytkownik nie zauważy spadku wydajności podczas odtwarzania.
Z instalacją demona i podstawowego klienta nie powinno być problemu - znajduje się on w repozytoriach większości dystrybucji. Wybieramy ulubioną komendę naszego systemu do pobierania danych: urpmi mpd mpc. mpc to oczywiście Music Player Client.
Kolejnym krokiem jest skonfgurowanie demona tak, aby można było słuchać muzyki. Ogranicza się to do napisania własnej ścieżki do katalogu z muzyką (music_directory), oraz listami odtwarzania (playlist_directory). Następnie ustalamy zmienną filesystem_charset na UTF-8 lub ISO-8859-2. Teraz wystarczy tylko odkomentować odpowiednie opcje przy wyborze sterownika dźwięku i wykonać polecenie mpd --create-db.
Wskazówka: gdy nasze katalogi z muzyką są rozsiane w różnych miejscach, można stworzyć specjalnie przeznaczony dla mpd katalog z dolinkowaniami do tych miejsc. W ten sposób pozbędziemy się długaśnych ścieżek, a i skanowanie przebiegać będzie o wiele szybciej.
Tak przygotowanego demona (re)startujemy i od tej chwili możemy zacząć używać klienta.
Klient wygląda mniej więcej tak: [dragonee@lilium bin]$ mpc play Threemovements - Awaken [playing] #1/6 0:00 (0%) volume: 77% repeat: off random: off
Nieco kłopotliwe może wydać się zrobienie pierwszej własnej playlisty. Wystarczy jednak wykonać polecenie mpc ls, które wyświetli nam spis katalogów dostępnych w miejscu podanym jako music_directory. Teraz wybieramy sobie jakiś katalog i wykonujemy: mpc ls "Artist - Album" | mpc add, co doda nam wylistowane pliki do playlisty. Następnie za pomocą mpc save nazwa możemy zapisać tą listę odtwarzania, a mpc play rozpocznie jej odtwarzanie. Komend oczywiście jest mnóstwo - w celu poznania dalszej funkcjonalności zapraszam do mana.
Zwie się on mpdscribble. Podobnie, jak mpc, jest klientem, jednak nie odtwarza piosenek, a tylko pobiera od demona wiadomości i wysyła je do last.fm. Możemy uruchamiać go ręcznie, ale czemu by nie zrzucić tej roboty na komputer?
Instalacja na dystemach debianowych i pod Fedorą jest najprostsza, bo z paczek, a pod Mandrivą trzeba kompilować. Nie ma zbyt wielu zależności, więc nie robi to aż takiego problemu.
Niestety - problem w tym, że nigdzie nie zauważyłem, by mpdscribble mógł się odpalać jako demon. Dzięki niezwykle prostemu programowi daemonize będziemy mogli zapewnić tą funkcję bez ingerowania w kod programu. Jego kod jest już nieco przestarzały i sami musimy się postarać o dodanie #include <stdlib.h> w pliku daemonize.c, lub o spatchowanie źródeł tą oto łatką. Wystarczy ściągnąć, rozpakować i skopiować łatkę do katalogu ze źródłem, a następnie nałożyć ją poleceniem patch -p1 <patch-daemonize-1.4.
Po poprawnej instalacji obu narzędzi, czas na to, co tygryski lubią najbardziej; grzebanie w skryptach startowych. W różnych dystrybucjach różnie one wyglądają, ale moja modyfikacja jest na tyle prosta, że nie powinna sprawić zbytnich problemów.
Fragmenty /etc/init.d/mpd: Wewnątrz opcji start:daemon mpd daemon /usr/local/sbin/daemonize -c /tmp -u mpd /usr/local/bin/mpdscribble RETVAL=$?Wewnątrz opcji stop:killproc mpd killproc mpdscribble RETVAL=$?Wewnątrz opcji status:status mpd status mpdscribble ;;
Teraz mamy zapewnione uruchamianie mpdscribble razem z demonem mpd i jednocześnie pod jego użytkownikiem, czyli dwie pieczenie na jednym ogniu.
Pozostaje nam ostatnia sprawa - napisanie odpowiedniego pliku konfiguracji. Dla demona nie będzie zbrodnią podawanie konfiguracji w pliku /etc/mpdscribble.conf. Nie jest ona długa - wystarczy wpisać nazwę użytkownika username = user i hasło przepuszczone przez algorytm MD5 (password). Wypadałoby jeszcze utworzyć pliki /var/cache/mpdscribble.cache oraz /var/log/mpdscribble.log i nadać im odpowiednie uprawnienia dla użytkownika mpd.
Bo tych ciężkich bojach nasz player ładnie wspiera last.fm.
Chcę więcej. Zmienianie piosenek za pomocą konsoli jest bardzo przyjemne, ale przyzwyczaiłem się do amaroKa ze swoją ikonką w zasobniku systemowym. Czy istnieje jakaś rada dla mnie? Po chwili poszukiwań odkryłem rozmaite klienty mpd działające w konsoli, interaktywnie, za pomocą ncurses, czy przezaczone dla Qt i KDE. Można znaleźć nawet skrypty działające po http. Ich spis znajduje się na oficjalnej stronie klientów mpd.
Jako użytkownik KDE spróbowałem klienta kmp. Zalecam ostrożność, na stronie domowej wersja kmp była o wiele wyższa, niż ta, którą wymieniono w spisie. Instalacja wymaga dodania ścieżki do programów Qt (w moim przypadku /usr/lib/qt3/bin) do $PATH, jeśli się już tam nie znajduje.
Klient ten mnie zadowala, posiada całą funkcjonalność, której potrzebuję, by odtwarzać muzykę, oraz trayikonkę. Chociaż jego interfejs mógłby być nieco bardziej przemyślany, jest do wytrzymania. I nie zabiera zbyt wielu zasobów.
Mam znajomą. Ot, nastolatka, jakich wiele. Zapewne nie czytała żadnych dokumentów traktujących o Netykiecie, na pewno nie przeglądała Usenetu, gdzie nauczyłaby się tego w mig.
Prowadzi fotobloga na jednym z wiodących portali. Jej zdjęcia nie są żadnymi dziełami sztuki - najzwyklejsze w świecie fotki swoje i swoich koleżanek. Zazwyczaj nie ma żadnych krajobrazów, czy martwej natury. Oczywiście różnice między portretem, a portretem też istnieją i, niestety, muszę przyznać, że oceniam je jako niezbyt wartościowe.
Wszystko byłoby w porządku, w końcu nie jest ona osamotnionym wyjątkiem w Internecie. Ale osoba prosząca przez komunikator (Gadu-Gadu oczywiście) o skomentowanie zaczyna przekraczać granice jakichkolwiek norm etycznych. Ta natarczywość byłaby jeszcze znośna, gdyby nie status, który przeczytałem niedawno. Nie mam zamiaru przytaczać go dosłownie, jako, że szanuję cudzą prywatność. Brzmiał on mniej więcej tak: Piszcie komentarze; Mam nowe zdjęcia, jednak nie opublikuję ich, dopóki ilość komentarzy do ostatniego wpisu nie będzie mnie zadowalała.
Za taką nachalność i bezczelność winno się strzelać. Nawet ja mam swoje granice - rzecz, której nienawidzę, to przymuszanie do robienia określonej rzeczy bez żadnego wymiernego sensu.
Spoglądając na komentarze, mogę przypuszczać, że dość duża część z nich, to kłamstwo, pisane przez komformistów. W pewnym sensie i ja taki jestem - chociaż przyznam szczerze, że nie kłamię w wypowiedziach, którymi się podpisuję - jedynie staram się ubierać to, co myślę w jak najlżejsze słowa.
Mogę domyślać się, czy lepiej by było przejąć część obowiązku wychowawczego na siebie i zdusić problem w zarodku, skoro rodzice tego nie potrafią. Mogę domniemać, co spowodowałaby zmiana mentalności człowieka - odczuwanie odpowiedzialności zbiorowej i dbanie nie tylko o siebie. Niestety, jeden człowiek tego sam nie zmieni, ale, z drugiej strony, każda wielka idea była zapoczątkowywana właśnie przez tą mikrą jednostkę. To daje pewną nadzieję.
Trudno określić, czym dokładnie są Mushi. Nie można ich przyrównać ani do zwierząt, ni roślin. Różnią się wielce także od mikroorganizmów. Przypuszcza się, że są czymś bardziej pierwotnym, czymś w rodzaju esencji życia. Wielu ludzi nie potrafi ich dostrzec, ale ci nieliczni potwierdzają, że Mushi można znaleźć wszędzie. Sam nie wiem, czy im wierzyć.
Jeżeli wstęp was zaciekawił, powinniście również oberzeć anime. Po pierwszym odcinku mam ochotę na całą serię. Nie dość, że bardzo ładnie wykonany technicznie, to w dodatku historia została ładnie niedopowiedziana. Pełno w niej mistycyzmu, a akcja nie jest ani za szybka, ani za wolna. Poza tym klimat, dzięki któremu po obejrzeniu odcinka nadal jestem pod jego wrażeniem.
Dzisiejszy seans Mushishi sponsoruje ANBU Fansub.
... promujący nadchodzącą płytę Muzykoterapia zespołu o tym samym tytule.
Samej wytwórni raczej nie muszę promować - każdy, kto słuchał Hip-hopu wystaczająco długo, by czuć się choć trochę obeznany w temacie, musiał się natknąć na wykonawców nagrywających dla niej - wystarczy wspomnieć Fisza, Emade, Łonę, czy Ostrego.
Sam zespół nie ma jeszcze płyt w swoim dorobku, ale po usłyszeniu miksu jestem pewien, że będzie to dość ciekawy debiut.
I oby tak dalej.
Inspiracja wpisem "Po swojemu" na blogu Pipeeka pozwoliła na wykorzystanie znakomitego pomysłu Greenka w nowej formie. Jako że nie lubię sztampowych, powtarzanych wierszyków i innych powielanych kartek świątecznych, niech i to będzie moimi życzeniami dla was. :)



Jak wiadomo, logo powinno być znakiem rozpoznawczym serwisu. Dochodzimy tu do pierwszego, ważnego wniosku. Skoro jest to znak rozpoznawczy, musi się w jakiś sposób kojarzyć z samym serwisem. Jeśli masz więc do wyboru kilka, wybierz to, które najbardziej jednoznacznie identyfikuje stronę. Dzięki temu selekcja jest prostsza.
Drugie. Człowiek ogląda logo w dwóch przypadkach - kiedy dopiero co wszedł na tą stronę (najczęściej będąc tam pierwszy raz), w drugim - jeśli strona mu się spodoba. Pierwszy przypadek jest równie ważny dla wszystkich. Tak więc, gdy uważasz, że logo odstrasza - wyrzuć grafika. W przypadku, gdy to Ty jesteś tym grafikiem - gratuluję, właśnie Twoja lista przyszłych zawodów stała się bardziej zwięzła.
Za to drugi przypadek jest szczególnie ważny dla tych firm, które opatrzają swym logo inne towary. Dobre logo w tym wypadku ma być maksymalnie proste i pomysłowe. Zgodnie z tymi zasadami przypomni się nawet i za pięć lat, gdy taksówka z reklamą Twojej firmy będzie przejeżdżać obok klienta.
Nie może być ono za duże. Maksymalnie powinno zajmować jakąś jedną trzecią wysokości okna. Inna sprawa, że jeśli dobrze je wykonasz, to i 64x64 wystarczy.
Cztery - logo to symbol, a nie obraz Panoramy Racławickiej. Pamiętaj, że zbyt wiele elementów rozprasza i czyni trudnym do zapamiętania.
Jeśli nie możesz spełnić poprzednich punktów, to pomyśl o <h# /> - w ten sposób nadal możesz mieć przejrzysty serwis, a i jego wygląd będzie neutralny, a nie negatywny, jak przy użyciu nieprawidłowej grafiki.