Michał Moroz

Abecadło smoczątka, dziennik niecodzienny

MMOAILE

Od dawien dawna lat człowiek próbuje budować twory na swoje podobieństwo. Od pewnego czasu zaczął też zastanawiać się nad budową sztucznej inteligencji, która będzie dorównywała jego możliwościom. Jak dotychczas, próby postępu w tej dziedzinie nie są szczególnie imponujące ale jestem przekonany, że niedługo uda się wybudować algorytm, który będzie potrafił swobodnie się rozwijać, modyfikować i uczyć podobnie jak człowiek.

Pierwsze twory tego typu będą powstawały zapewne w klastrach superkomputerów. I tu powstaje problem. W przypadku naszego umysłu, od urodzenia, a nawet jeszcze wcześniej, od momentu jego uformowania jesteśmy zasypywani milionami informacji pochodzącymi z naszych zmysłów, które pozwalają na budowanie odpowiednich algorytmów postrzegania za ich pomocą. Wszystkie zmysły się dopełniają, dzięki czemu to, czego nie jesteśmy pewni przy korzystaniu z jednego zmysłu potwierdzane jest lub nie za pomocą pozostałych. A co zrobić z maszyną? Jak ona miałaby się uczyć i skąd powinna otrzymywać informacje?

Co powiecie na niewychylanie się na początku z wirtualnego świata i skorzystanie z obecnych aplikacji zapewniających nieskomplikowany interfejs i możliwość pobierania informacji od milionów ludzi? Te aplikacje istnieją już dziś, więc w przyszłości nie byłoby najmniejszego problemu ze skorzystaniem z nich. Oczywiście mowa o wirtualnych światach i wszelkiego rodzaju grach online na nich bazujących. Zamiast skrótu MMORPG tym razem będziemy mieli do czynienia z Massively-Multiplayer Online Artificial Intelligence Learning Environment.

Spotkanie w wirtualnej przestrzeni będzie na pewno prostsze dla nas i dla maszyn. Być może dzięki temu łatwiej uznamy fakt, że już nie jesteśmy sami na świecie. ;)

Co dalej? Samorozwijające się rzeczywistości? EPIC? The Wired? :)

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Wracamy do epoki brązu?

Czy pamiętacie może z lekcji historii, co to się działo na wojnach z czasów, gdy brąz był w powszechnym militarnym użyciu? Otóż dzielni wojacy po kilku godzinach okładania się mieczami, dość tępymi zresztą, musieli kończyć walkę, bo ich broń była tak pogięta, że nie nadawała się właściwie do niczego, nie mówiąc już o dalszych bojach. Oczywiście wyprostowanie mieczy nie było trudne i po przerwie można było dalej je odkształcać na tarczy przeciwnika.

Czemu więc w tytule spytałem, czy wracamy do tej epoki? Przecież mamy całą tą wyspecjalizowaną technologię, inteligentną broń, hełmy, mundury, buty i plecaki. Mamy. I co z tego, skoro...

Rok 2010, konflikt w dowolnym miejscu na kuli ziemskiej. Oddział spadochroniarzy właśnie podchodzi pod wzgórze, na którym zabunkrowali się rebelianci. Przez kilka godzin otaczają pozycję wroga, kamuflują się na swoich miejscach i czekają na rozkaz. Dowódca wydaje rozkaz, który zostaje rozesłany natychmiastowo do pozostałych żołnierzy. Następuje krótka wymiana ognia i nastaje cisza. Jest ciemno.

Co dokładnie się wydarzyło na wzgórzu? Sytuację powinna rozjaśnić anegdotka o człowieku, który w czasach komuny miał pewien niezwykły zegarek. Zegarek potrafił wymawiać aktualną godzinę, posiadał wiele innych funkcji, oraz jeden mankament. - Te akumulatory... - stęknął posiadacz, trzymający ciężką puszkę w ręce.

Chyba już wiadomo, że na wyświetlaczach w hełmach żołnierzy zaświeciły się czerwone diódki sygnalizujące brak energii. Przez pozostałe kilka minut wycofali się do nieco bezpieczniejszego miejsca, bo ich sprzęt nie nadawał się właściwie do niczego, nie mówiąc już o dalszych bojach. Oczywiście, wymiana baterii nie była trudna i po przerwie można było dalej strzelać do przeciwnika.

Czyżbyśmy wrócili do epoki brązu?

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Odrzuć konwencje

Pomimo wszystkich dążeń człowieka do porządkowania otaczającego go świata, czego genialnym przykładem jest wymyślanie nazw dla wszystkich nieznanych przedmiotów i zjawisk celem ich ujarzmienia - wszak to nie dziwota, że `oni' wzbudzają strach przed nieznanym. Ilu ich jest, jakie są ich cele? Ale gdy tylko nazwać ich ludźmi, zwierzętami, maszynami, wtedy nastawienie się zmienia, nieprawdaż?

Często porządkowanie tego świata nagle zaczyna nas ograniczać pewnymi schematami. Mimo tego, że nie uświadamiamy sobie tego, przestajemy odkrywać świat tak, jak robią to dzieci. Nie sposób nie wspomnieć, że te schematy niekoniecznie muszą być optymalne. Jednak w jakichś warunkach musiały działać, inaczej byśmy ich nie używali.

O ile wszystkie te schematy służą do czegoś i kierują się jakimiś zasadami, z czasem przestajemy je rozumieć i działamy emocjonalnie - ot, bo było dobrze. Nie mieliście nigdy wrażenia, żeby od nowa sprawdzić przetarte ścieżki i zrobić coś zupełnie nietypowego?

Sam jakoś zbytnio nie zastanawiałem się nad tym zagadnieniem, dopóki do myślenia nie dała mi sytuacja, w jakiej znalazłem się z moją przyjaciółką. Skorzystaliśmy bowiem z podłogi w centrum handlowym i siedząc już, oddaliśmy się rozmowie. Niby taka prosta rzecz, ale czy nie wydaje się Wam, że w tzw. życiu codziennym oddziela nas od takich zachowań wielka bariera? Od czasu tamtego zdarzenia zdaję się dostrzegać taką barierę w sobie.

Pomyślmy nad konsekwencjami. Możemy przefiltrować część możliwych wyborów i w danym momencie działać odruchowo, zwalniając świadomość z konieczności ciągłego zastanawiania się nad tym samym ruchem. Z drugiej strony stajemy się przewidywalni - wypalone ścieżki w naszych głowach dominują na tyle nad innymi, że przestajemy zdawać sobie sprawę z ich istnienia.

Raz na jakiś czas wypadałoby jednak uświadomić sobie, że są inne możliwości, choć nie do końca podlegające normom, ale jednocześnie uniezwyklające nasze życie. Według mnie taka alternatywa jest warta poświęconego jej czasu. Oczywiście powinniście na własną rękę odkryć, czy coś takiego jest Wam potrzebne.

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Następna strona? - poprowadź mnie!

Postanowiłem nieco rozszerzyć ostatni wątek o pomysł, który ostatnio mnie nawiedził. Nadaje się on głównie dla osób, które są zainteresowane grzebaniem w kodzie swoich serwisów. I tutaj, na Joggerze na pewno nie jest ich mało.

Wszystkie modele opisane w poprzednim wpisie są modelami czysto generycznymi, w żaden sposób nie łączą się z akcjami użytkownika. Oczywiście, można to zmienić!

Dwie idee połączenia akcji użytkownika wraz z reakcją strony, które wpadły mi do głowy są względnie proste do zaimplementowania a mogę wnieść wiele do poszczególnych rodzajów oprogramowania.

Idea 1: Pierwsza nieodwiedzona strona.

Jedna z najprostszych idei, które mogą być bardzo pomocne w tworzeniu specjalizowanej listy linków dla użytkownika. Załóżmy, że istnieje lista stron od 1 do n. Gdzieś pomiędzy nimi znajduje się strona m, którą aktualnie odwiedza użytkownik. Użytkownik przechodzi następnie na stronę o. Wykonujemy następujące sprawdzenie:

  • Jeśli o < m, podajemy linka do m + 1 jako pierwszej nieodwiedzonej strony.
  • Jeśli o > m, m = o.

    • Jeśli chcemy być jeszcze bardziej poprawni, możemy sprawdzić, czy o > m + 1. Jeśli tak, możemy poinformować użytkownika, że pominął przy przeglądaniu odpowiednią ilość stron i zapytać, czy chce, abyśmy oznaczyli je za nieprzeczytane.
    • Uwaga - domyślnie oznaczamy je za przeczytane, bo jeśli ktoś już przeskakuje ileś stron, musi mieć ku temu powód!

Plusem tego rozwiązania jest to, że jeśli chcemy, da się je zaimplementować nawet w JavaScripcie, o ile dostarczymy mu numer aktualnej strony.

Zyskują na tym wielce fora, bo dostęp do wątków jest znacznie uproszczony. Nie jestem ich bywalcem, ale z tego, co wiem, w większości z nich stosowane są od dawna podobne mechanizmy. Jak bardzo pokrywają się z moim pomysłem - tego już nie powiem. :)

Problemy pojawiają się w przypadku stron, w których publikacje pojawiają się od najnowszej do najstarszej. W takim przypadku stosowanie powyższej idei mija się z celem - nieprzeczytana treść znaleźć się może nie tylko po jednej, ale po obu stronach listy.

Idea 2: Pozwól użytkownikowi zaznaczyć miejsce, do którego chciałby wrócić

Ta koncepcja jest jeszcze lepsza. W miejscach, gdzie różne wartościowe treści są rozrzucone wśród masy tych nieużytecznych, a jest ich stanowczo za dużo, aby bookmarkować je gdzieś w zewnętrznym serwisie, sami możemy postarać się o to, by zapewnić odpowiednią wygodę czytającym.

Jak? Na każdej ze stron dajemy dodatkowy przycisk, odpowiadający za akcję zapisania. Gdy przeglądamy listę stron, wszystkie zapisane strony z tej listy ukazują się jako linki. Jeśli założymy, że lista stron nie jest zbyt długa, aby mieć więcej niż kilka takich zakładek, użytkownik nie będzie potrzebował ich opisywania. Ale zamiast opisywania, skłaniam się ku innej formie. Niech zakładki mają kilka kolorów do wyboru.

Co dalej? Użytkownik może dostać własną stronę z zakładkami, jakie zrobił i małym wyjaśnieniem kontekstu (chciażby nazwa listy stron, w której dane zakładki się znajdują).

Kwestią sporną jest to, co powinno dziać się z taką zakładką po powróceniu na jej stronę. Przyzwyczajeni jesteśmy do manualnego usuwania wszelkich zakładek w przeglądarkach i specjalizowanych serwisach. Z drugiej strony logika podpowiada, że gdy ktoś wrócił na tą stronę, to w konkretnym celu i nie powinniśmy go zmuszać do dodatkowego klikania, tylko po to, by usunął tą zakładkę. Tą rzecz pozostawiam do przemyślenia ewentualnym implementatorom, specom od usability wyższej klasy ode mnie i wszystkim czytającym. ;)

Pomysł jest stary, jak stare są zakładki do książek. Ale chyba nikt jeszcze czegoś takiego sam z siebie nie zaimplementował w sieci. Głównym problemem tego rozwiązania jest z kolei bardzo łatwa możliwość zniszczenia całej jego używalności, jeśli tylko nie postaramy się utrzymać tego tak prostym, jak tylko można.

Mam nadzieję, że skłoniłem Cię do własnych refleksji. :)

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Haiku #01

Informatycy
Śpią w łożach; krople rosy
Mienią się w słońcu

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Byłem ofiarą agresywnego marketingu

Reklama, którą mi perswadowano w moim mniemaniu była bardzo skuteczna. Bo może z jej powodu, a może z powodu mojej jakiejś wewnętrznej słabości, zacząłem się zastanawiać nad wyborem produktu, który mi promowano. Totalna magia. Okazało się, że parę sztuczek zastosowanych w odpowiednim momencie zachwiało podstawami, które uważałem za dość stabilne.

A jak zaczęła się ta magia? W bardzo prosty sposób - przyszła czarodziejka i zaczęła czarować. Było to całkowicie zwyczajne - wyglądało praktycznie tak samo, jak rozdawanie materiałów promocyjnych. Na dodatek działo się to w supermarkecie, więc ciężko było mi się dziwić takim zachowaniem. Ale... wtedy zaczęła się rozmowa.

Celem rozmowy było oczywiście wytworzenie we mnie potrzeby nabycia produktu, w tym wypadku kosmetyków. Zostało to zrealizowane w przewrotny dla mnie sposób. Przewrotny, bo pierwszy raz spotkałem się z czymś takim twarzą w twarz. :) Niezwykle prosta prowokacja - czarodziejka poprosiła mnie o potrzymanie produktu, podczas gdy sama zaczęła mnie czarować. Uprzejmie się zgodziłem i zacząłęm słuchać.

Przezentacja jednego produktu, prezentacja kolejnego produktu, poszczególne produkty były wcierane w moją skórę, co miało pobudzić więcej, niż jeden zmysł. Wszystko ładnie skomponowane. Oczywiście, stosik produktów w moich rękach rósł i rósł, co było doskonale przemyślane. Poszczególne pudełeczka były dosłownie wciskane w moje ręce.

Alarm w mojej głowie obudziło celowe, lecz dość niefortunne stwierdzenie - `może Pan mieć to, to i to'. Chwila, skoro już mam, to czemu dopiero mogę mieć? Spytałem, gdzież jest ten haczyk i okazało się, że te wszystkie produkty nie są darmowe, należy zapłacić pewną promocyjną cenę i dopiero wtedy można je wszystkie otrzymać. Podczas tego wyjaśniania, wszystkie te produkty wylądowały w torbie, która (wraz z dodatkowym bonem) została po raz kolejny wepchnięta w moje ręce.

Nowe, lepsze życie po promocyjnej cenie... Kurczę, przyznam się szczerze, że faktycznie zacząłem się zastanawiać, czy cały zestaw pudełeczek z pachnidłami będzie mi potrzebny. To świadczy na korzyść tejże kampanii. A że na dodatek czrodziejka okazała się miłą osobą (oraz dobrze wyuczoną w technikach perswazji), to doszło do tego, że przez chwilę walczyłem ze sobą o podjęcie decyzji.

Instynkt samozachowawczy zwyciężył. :]

Szkoda, że nie mam na tyle wyćwiczonego mózgu, żeby jednocześnie rejestrować przebieg rozmowy, analizować poszczególne fragmenty i wyciągać wnioski w trybie rzeczywistym. Może kiedyś się tego nauczę. Teraz niestety, z całej rozmowy zostały mi tylko emocje. ;)

Kampania, nie mam pojęcia, przez kogo organizowana, realizowana jest dla Beauty Cosmetics. Być może okażę się ignorantem, ale jeszcze nigdy nie słyszałem tej nazwy. Wnioskuję, że jakaś młoda firma, bądź że niszowa.

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Brand New World

Brand new world

Jeśli teraz dziwicie się rozmiarowi nieproporcjonalnemu do treści, czy kiczowości powyższego obrazka, to wszystko w porządku. Jeśli nie, to być może zbyt bezkrytycznie przyjmujecie manipulacje płynące z otoczenia... A co powiecie na odrdzewiacz do rur umysłowych, istny KABOOM! (żeby nie promować innego środka czystości :) ), czyli małą terapię szokową, aby odrobinę otrzeźwieć z oczarowania Nowym, Wspaniałym Światem?

Tym, którym powyższe stwierdzenia nie nasunęły skojarzeń z książką Aldousa Huxleya, zaiste, pod tytułem Nowy, wspaniały świat, polecam zapoznanie się z artykułami, bądź z książką. Od razu przyznaję się, że książki nie czytałem, ale mam zamiar to uczynić w wolnej chwili. Szczęśliwie, nie mam zamiaru opowiadać o niej, więc te kilka faktów, które znam, wystarczy mi do dalszego prowadzenia.

Według przesłania filmu, fabuła książki, która miała się dziać rzekomo w 2540 roku, w większości wykonuję się na naszych oczach, tu i teraz. Świadomość przeciętnego człowieka jest zdominowana przez konsumpcyjność - niezależność to możliwość wydawania pieniędzy w nieograniczony sposób. Myślę, że nie muszę komentować, dla kogo tak naprawdę jest to opłacalne...

Kiedyś uważałem, że moc działania reklamy kończy się z momentem zaprzestania jej oglądania. Niestety, nie jest tak dobrze. Jako przykład długofalowego efektu działania reklam jest to, że społeczeństwo nastawia się na przyjemność, a przyjemność wiąże z kupowaniem. Co z tego wynika? Kupujemy przyjemność, a nie ją sobie stwarzamy. Płacimy za nią, dzięki czemu możemy przestać myśleć. Dlatego teraz powstają takie potworki jak Galeria handlowa. Że niby stosik sklepów z jednakowymi towarami ma być najwyższym doznaniem natury estetycznej. Chyba, że `galeria' oznacza, że jedyne, na co nas stać, to popatrzeć na wystawy. :)

Hasło `nie naprawiaj, wyrzuć', to kolejny przykład indoktrynacji, której tak chętnie się poddajemy. W filmie skutki tego były pokazane na przykładzie dzieci. Przeprowadzono z nimi wywiad, w którym padło dość interesujące stwierdzenie,`nowe jest lepsze'. W dodatku dzieci nie potrafiły odpowiedzieć na pytanie, czemu jest lepsze...

W razie problemu łyknij pigułkę. Poczujesz się lepiej. Kwestia utrzymywania społeczeństwa na poziomie bezmózgich zombie to kwestia zapewnienia im niekończącej się przyjemności. Co ciekawe, w filmie kwestia Somy, książkowego narkotyku spełniającego rolę magicznego środka na każdą sytuację, przyrównana została do pigułek antydepresyjnych, które podobno używane są w masowych ilościach. Nie mam jak samemu potwierdzić tej tezy, ale chętnie zobaczyłbym opinię kogoś, kto spędził trochę czasu w Anglii (fabuła filmu i książki dzieje się w Londynie), czy też w jakimś innym, `cywilizowanym', zachodnim kraju.

Na koniec warto wspomnieć, że składając wszystkie te klocki w jedną całość, wychodzi na jaw, że nie wszystkie korzyści trafiają tylko do producentów różnorakich towarów. Wiele z nich jest wyjątkowo przydatnych dla organizacji władających państwem. Karmienie społeczeństwa przyjemnościami i złudą wolnego wyboru, jest najlepszą, jak dotąd, formą kontroli, gdyż żadne społeczeństwo nie będzie miało ochoty walczyć o gorsze warunki...

Polecam z całego serca.

PS. Widząc, jak organizacje władające US of A wykorzystują terroryzm do zwiększania własnej kontroli, twierdzę, że koncepcja świata Huxleya nie w pełni się udała. Lub nie wszędzie. To taki mały kontrprzykład.

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Przyszłość?

Żyjemy w ciekawych czasach. Ale najpierw filmik. W dalszej części będę się do niego odnosił, więc w celu pełnego zrozumienia przedstawionych tu treści radzę znaleźć chwilkę czasu i obejrzeć prezentowany materiał. Did you know, shift happens.

Co by było pierwszą rzeczą, która przyśniłaby się inteligentnej maszynie, stworzonej przez ludzi? Czy nie byłby to sen o władzy? Chęć wprowadzenia własnej, optymalniejszej ideologii? Myślę, że niejeden człowiek pozbyłby się innych ludzi, gdyby znalazł się takiej sytuacji, a następnie stworzył nowe społeczeństwo na ruinach starego. Przecież oni wszyscy byli tacy słabi... Musieli wyginąć. Czy Maszyna stworzona na podobieństwo Człowieka będzie działać w ten sam sposób? Szybka, masowa zagłada przestarzałego gatunku?

A może dokonamy `naturalnej' zamiany? Przelania świadomości, w nowe, wymienne ciała? Syntezy z Borgiem? Ile taka zmiana wyniesie? Kilkaset lat? A może będziemy do tego zmuszeni, bo nasze środowisko naturalne będzie tak zdegradowane, że białkowe formy już nie wytrzymają jego ataków?

Zdecydowanie żyjemy w ciekawych czasach. Czasach początku Wielkiej Zmiany, bądź też Wielkiego Upadku. Przewiduję, że pierwszą barierą, jaką napotkamy po drodze, to niemożność przyjęcia tylu informacji, ile będziemy otrzymywać. Dublowanie wiedzy w ciągu 72 godzin? To nie daje zbyt dużych szans naszemu mózgowi.

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Webdesigner vs Manufaktura

Manufaktura to, według artykułu na Wikipedii największe w Polsce a zarazem jedno z największych w Europie centrum handlowo-rekreacyjno-kulturalne. I, chociaż większą część kompleksu zajmują ciuchy i fast-foody, można też wyciągnąć kilka wartościowych sklepów... Ale nie o tym chciałem.

Tytuł w końcu mówi o wrażeniach webdesignera po spotkaniu Manufaktury. Do tego skłonił mnie artykuł Manufaka ma swoich fanów, z którym, z racji swej wiedzy, bądź niewiedzy, niezbyt się zgadzam. Bo tak naprawdę osoba, która nie jest architektem, czy historykiem sztuki z zawodu nie powie, że całość jest jakoś bardzo niespójna ze sobą, nie złoży też zarzutów, że plac jest za duży, czy nie będzie się rozwodzić na temat problemów pomiędzy podłożem, a ścianami.

Szczerze mówiąc, mnie osobiście też to nie przeszkadza. Może to tylko brak wyczulenia na preblemy typu architektonicznego, może to oznaka, że pomimo rozgardiaszu, jakiego można by było oczekiwać po artykule, całość jest jednak podana na talerzu i wygląda dość zjadliwie.

Przywykłem już do kolorów 2.0, a i w Manufakturze można je znaleźć. Inna sprawa, że niektórzy mogą mieć dość przykre skojarzenia powiązane z tym faktem... Cóż, nie da się tego pominąć, taki już trend. Za to gradientów nie stwierdzono. ;) Jednak za niektóre rzeczy, takie jak drewniany parkiet oraz drewniane obicia kolumn w nowym centrum handlowym należy się plus. Za dość ciekawe użycie tekstu, koloru i rysunku, kolejny plus. I to tyle, bo samo centrum nadal sprawia poczucie wyobcowania, co zresztą jest wadą większości współczesnych budowli.

Teraz będzie nieco luźniej, chociaż zaraz na scenę wskoczy pewna regułka. Otóż webdesignera można poznać po tym, że mniej się interesuje tym, co znajduje się na wystawie (w końcu ile razy można oglądać coś, co... `zdaje się, że gdzieś już widziałem. I mam wrażenie, że to nie tylko w jednym miejscu'), ale z bezbłędną precyzją potrafi wypatrzeć szczegół (jak na przykład gałązki z drzewa iglastego namalowane bądź nalepione na szkle jakimś materiałem o pewnym stopniu nieprzejrzystości, dzięki któremu nadal było widać to, co znajdowało się za szybą, choć było to nieco rozmazane), który potem może posłużyć mu jako inspiracja. Co sprowadza się do tego, że webdesignerzy, jak i inni szaleńcy, którzy potrafią przez kilka godzin gapić się w pustą ścianę i kontemplować jej zalety pochodzą z jednego źródła. Więc nie śmiejcie się z takich ludzi, kiedyś będą oni robić wam strony internetowe... ;)

Podsumowując, dla kreatywności dobre jest przechadzanie się raz do lasu, a raz do centrum rozrywki. A Manufaktura jest dość ładna, przynajmniej w mojej opinii.

PS, znalazłem interesujący fotoblog o Łodzi. Jeśli ktoś ma ochotę pooglądać garść fotek z naszego miasta, to zapraszam.

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Pijąc wodę, pamiętaj...

Zbieracze ryżu w Wietnamie

Pijąc wodę, pamiętaj o źródle; jedząc owoc, pamiętaj o drzewie - przysłowie wietnamskie.

Dalekim wieczorem, gdy grzeczne dzieci już śpią, pokazywane są serie filmów dokumentalnych. Zawsze ciekawiło mnie, dla kogo te filmy są prezentowane, bo albo pokazują je między 8.00 a 14.00 lub dobrze po 23.00 (TVP2). Jakakolwiek odpowiedź by na to pytanie nie padła, to na te drugie zdarza mi się patrzeć i czuję się dowartościowany, że o takich jak ja też pomyślano. ;)

W ostatnim tygodniu szczególnie zapadł mi w pamięć dokument traktujący o Wietnamie. Skojarzenia z wojną są tu jednak niepotrzebne, film bowiem opisuje kraj w czasach współczesnych i pokazuje życie ludzi w tym odległym kraju. W tym momencie pewnie nasuwa się Wam pytanie: `co takiego skłoniło go do opisania jakiegoś filmu na blogu i po co mam to czytać?' Otóż jest kilka dużych, wręcz fundamentalnych różnic w postawie Wietnamczyków i Polaków, na które wypadałoby spojrzeć i być może nawet zastanowić się nad nimi.

Sprawa pierwsza, czyli tradycja

Z filmu jasno wynika, że kultura Wietnamczyków jest głęboko zakorzeniona w tradycji. Na tyle jasno, żeby stwierdzić, że tradycja jest dla nich czymś ważnym. Być może nawet bardzo ważnym. Jednocześnie tą (jeszcze do niedawna okupowaną) cywilizację cechuje grupa legend, lokalnych wierzeń, czy też przysłów, które zachowały się bardzo dobrze. Dla przykładu jedna z legend wyjaśniająca kwadratowość placków ryżowych bánh chưng przygotowywanych na święto Tết: król Hung, założyciel, a zarazem pierwszy władca (ok. 3000 - 4000 lat temu) miał zamiar przekazać swoje królestwo jednemu z dwudziestu pięciu synów, i aby wybrać następcę, kazał im pokazać mu coś zadziwiającego. Starsi synowie wrócili z dalekich podróży z różnego rodzaju kosztownościami, których władcy i tak było dostatek, nie okazał więc zbytniego zdziwienia widząc je. Najmłodszy syn natomiast pozostał w kraju i przyniósł ojcu kwadratowy placek ryżowy. Władca zdumiał się, gdyż jeszcze nigdy takiego nie widział... W ten sposób młodzieniec zdobył królestwo. Nic, tylko pogratulować sprytu. Minęło sporo czasu od tamtych wydarzeń i w kraju nadal robi się kwadratowe placki, aby uczcić wietnamski nowy rok.

Teraz krótki rachunek sumienia - ile pamiętamy własnych mitów i legend? Jak bardzo czujemy się z nimi związani, a ile wsadzamy między bajki dla dzieci?

Sprawa druga, czyli praca

Praca, czyli rozszerzenie kultury Wietnamu. W kraju wody, każde ziarenko ryżu ma swą wagę. Jego wagą jest praca włożona w jego wykiełkowanie. A pracy jest rzeczywiście dużo, zważając na to, że używa się tam tych samych metod od bardzo długiego czasu. Także to jest częścią tradycji. Kto raz zobaczy sposób nawadniania pól za pomocą specjalnie wykonanego stożkowego czerpaka zawieszonego na dwóch linkach sterowanego przez dwie osoby (o efktywności prawie pięciu ton na godzinę!), drugi raz już na pewno się nie pomyli. Praca uciążliwa (bo robienie przez dwanaście godzin w jednej, pochyłej pozycji, czy też poruszanie się w błocie i nieprzejrzystość wody dla kogoś niewyuczonego w chodzeniu w takich fwarunkach wydaje się bardzo odpychające), praca skrupulatna i monotonna, praca skutkująca jedzeniem. Ktoś, kto zaznał takiej pracy z pewnością nie wyrzuci swego jedzenia nigdy więcej.

Podsumowanie

Dla nas taki rodzaj życia może wydać się nieprzyjazny, nudny, bezsensowny. Patrząc jednak na spokój tych ludzi, coś musi w nim być. Mam także wrażenie, że przynajmniej część tych ludzi znajduje spełnienie w tym, co robi. Porównując to do naszego, znacznie szybszego tempa, całego spektrum różnych sytuacji stresowych i problemów z odnalezieniem własnego sensu życia, porównywanie tych dwóch postaw zaczyna nabierać koloru.

Może czasami byłoby warto spróbować i takiej drogi?

Oryginalne zdjęcie, którego modyfikacją jest nagłówek artykułu: Rice harvesters outside Hanoi.

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Nie wyrzucaj wszystkiego...

Przerzucając szpargały w celu uporządkowania najbliższego otoczenia (jest to ponoć bardzo dobre ćwiczenie na systematyczność, a niektórzy twierdzą nawet, że w poukładanym środowisku można łatwiej się skoncentrować i efektywniej się pracuje), natrafiłem na kawałek słownika terminów komputerowych, a dokładniej część od literki N do Z.

Przypominam sobie, że dawno, dawno temu przywędrowało sobie to do mnie i potem zostało zakopane pod stertami gazet i tak dalej.

Przyjmując wykonanie za wyznacznik jakości doszedłem do wniosku, że będzie tam pewnie o Koszu, Moich dokumentach i sprawach z tym powiązanych.

Otworzyłem na losowej stronie, aby się przekonać, czy miałem rację. Los chciał, abym trafił na wielozadaniowość z wywłaszczeniem (czyli bardziej znajomo brzmiące preemptive multitasking).

Zdecydowałem się jednak nie wyrzucać... ;)

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Zagadka

Wiersz, a jednocześnie zagadka. Kto zdoła ją pierwszy rozwiązać?

Szum

Znikam, pojawiam, umiejętność odbijania się
od rzeczywistości
to czas gdy nie ma oddzielania, naznaczę cię
słowem, pełnym boskości
pełen pozytywnego sygnału wyodrębniam aby
stopić ku całości
aż klucz podziałów od symbolu do mentalnej mapy
zniknie pośród jednolitości
zagubieni pośród szumu i pozostawieni na
pastwę subiektywności
zyskują nowy wymiar; jest to funkcja rosnąca
do nieskończoności
wysoko ponad sufit, bardzo daleko za światem
zyskujemy status trwałości
poświęcenie dla innych; pożądana zmiana zatem
przyjmijmy do ludzkości
czy nie chciałeś swych uczuć w innej osobie
zapisanych z odkrywczości
nowe porozumiewanie obecnych w zasobie
ponaddaturalnych zdolności

zmień zachowanie w czasach teraźniejszych, by
przyszłość nabyła te możliwości.

Hint: Pismo chińskie może naprowadzić Cię na właściwy tok rozumowania...

Jakieś pomysły?

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Nawyki komputerowca

Aktualna konfiguracja mojego serwerka wygląda tak, że dysk leży na kartce papieru i pochrumkuje w zależności od stopnia użycia. A jak mnie pozytywnie zaskoczy, to zdarzy mi się nawet pogłaskać go po radiatorze na procesorku. Tym właśnie skutkuje czas i praca włożone w jego rozwój.

Przywiązanie do maszyny... To chyba dlatego nieinformatyczni tak patrzą na nas spode łba. :)

A jakie są wasze nawyki?

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

World of Matrix

World of Matrix to nowa gra pseudorzeczywistości w przestrzeni dodatkowego wymiaru świadomości wytworzonego na potrzeby chwili. W World of Matrix można zagrać niewielkim kosztem, jednak trzeba liczyć się z pewnymi opłatami wynikającymi z legalnego korzystania z gry.

WoM pozwoli Ci przeżyć pasjonującą przygodę bez utraty czasu. Będziesz mógł poruszać się po świecie z precyzyjnie odtworzonymi detalami, doskonałą grafiką i spotykać się z milionami znajomych z całego świata.

Celem tej gry jest przeżycie - w zależności od Twoich zachowań gra dostosuje się do Ciebie, przekształcając się z, przykładowo, symulacji życia do survival horroru.

Dzięki wykorzystaniu sprawdzonego interfejsu użytkownika przystosowanie się do warunków przebiega bezproblemowo. Fizyka świata też jest intuicyjna - nie stracisz ani chwili na nudne przedzieranie się przez podręczniki użytkowania. Doskonała, dopasowana do gracza oprawa dźwiękowa nie pozwoli Ci znudzić się nawet w chwili największej bezczynności.

World of Matrix oferuje poczucie nierealności. W świecie kontrolowanego snu każda możliwość jest dozwolona. Do każdej interesującej Cię sprawy podejdziesz z należytym dystansem. Nawet śmierć w tym świecie wydaje się nieprawdziwa...

Jak zagrać? Wyłącz swój zewnętrzny słuch, włącz MP3Playera, załóż słuchawki i wyjdź z domu. Zatracenie w psychopodpłaszczyźnie gwarantowane. Życzę miłego odkrywania fabuły i rozwiązywania kolejnych zagadek stojących przed Tobą.

Historia napisana wskutek przemyśleń własnych i "Społeczeństwa słuchawek" na bloku Luke'a Micy.

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Krótki podręcznik rewolucjonisty

... czyli dlaczego nie warto podniecać się polityką.

Aby odpowiedzieć na to pytanie, podejmiemy się krótkiego wyliczenia podstawowych punktów strategicznych potrzebnych do zmiany sposobu rządzenia; jednym słowem - rewolucji.

  1. Zacznijmy od wierzchołka góry lodowej, czyli tych, których aktualnie oddelegowano do 'oficjalnego' zarządzania państwem; rządu oraz parlamentu. Jest to grupa, którą da się najszybciej i najmniejszym kosztem wykupić. Gdy już znajdą się w naszych rękach, punkt pierwszy zostanie zaliczony.

    W dalszych akapitach okaże się, że ten punkt powinien umieszczony pod koniec naszej listy.

  2. Aktualnie rządzący nie będą chcieli tak szybko przejść w nasze ręce, w końcu są ludzie, z którymi zawarli oni pewne umowy, te umowy uległyby szybko zerwaniu po przejęciu przez nas władzy.

    Unieszkodliwmy tych ludzi. Ponieważ zazwyczaj posiadają oni duże pieniądze, będziemy potrzebowali dość dużych wkładów, by ich zrujnować, a przy okazji przejąć ich majątki.

  3. Oczywiście wszystko to musi odbywać się za kulisami mediów. Za to media mają przedstawić nas w odpowiednim świetle. To światło musi być wystarczające, aby przekonać około 10 milionów ludzi.

  4. Teraz rozpoczynamy szeroko zakrojoną akcję, polegającą na wykluczeniu struktur przestępczych. Niszczymy co ważniejsze i ciekawsze osoby, skłócając ze sobą poszczególne grupy. Ich dezogranizacja działa na naszą korzyść.

    Aby nie zaczęli masowo emigrować, likwidację kluczowych person przeprowadzamy w ciągu maksymalnie trzech dni.

  5. Pamiętajmy, aby oczyścić i przekonać do siebie wojsko - żadna z legalnych organizacji nie pomoże nam bardziej w naszym planie przejmowania państwa.

  6. Możemy wskazać masom wspólnego wroga (wszak ludzie bez nich nie mogą przeżyć), stosując przykładowo chwyt psychologiczny, który został wykorzystany jedenastego września 2001r. w US of A.

  7. Infiltracja organizacji rządowych i pozarządowych jest chyba oczywista w tym wypadku.

  8. Zmiana treści konstytucji także by się przydała.

I tak dalej, i tak dalej. Jeśli ktoś myśli, że następna partia wylosowana w wyniku wyborów (bo przecież nie wybrana), zmieni cokolwiek w aktualnym ustroju, to się grubo myli. Nie ma znaczenia więc, po której stronie barykady ona jest, jaki ma program i co zrobiła. Bo nie reprezentuje mnie.

PS. Jeśli ktoś ma tyle pieniędzy i ludzi proszony jest o kontakt. ;)

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Tam dobrze, gdzie szumi

Długochwilowy zanik prądu potrafi uświadomić, że bez niego ludzkie życie byłoby o wiele spokojniejsze i powolniejsze. Daje także do zrozumienia, że zgodnie z prawem Murphy'ego komputer jest stworzony do upraszczania pracy, której bez niego byśmy nie mieli. Taki zanik jest przydatny raz na jakiś czas aby nie zatracić się w tym pośpiechu przez elektrony generowanym.

Powróciwszy już o kilka wieków wstecz, zapaliwszy świeczkę w domu i znalazłszy sposób na bezproblemowe odprowadzanie płynnej wody z ziębospiżarki, można dojść do wniosku, że bez tegoż prądu odnawiają się kontakty z najbliższymi, dla których jesteśmy zabiegani w tzw. świecie codziennym. Nagle możemy nadrobić zaległości w lekturze, zrobić coś, co już dawno powinniśmy zrobić, odwiedzić kogoś, przejść się, pomyśleć...

Tak, w takich momentach można dojść do zadziwiających wniosków, wystarczy tylko zatrzymać się na chwilę i pomyśleć. Zwyczaj, jak to zwyczaje, niepraktykowany zbyt często, za to gdy już się pojawi, często zmienia coś w światopoglądzie. Tego niepospolitego rodzaju myślenia życzę wszystkim.

A na koniec, nawiązując do tytułu - szum drzew tudzież innych roślin jest bardzo kojący, a na dodatek potrafi do tegoż omawianego wyżej myślenia sprowokować. Najlepszy jest wieczorem, zaraz po deszczu, kiedy mokro, a wszystkie żyjątka wydają najwięcej dźwięków. Wtedy można się poczuć, jak w jakim bajkowym świecie. Ciekawa alternatywa dla nieustannych narzekaczy na świat cały.

I nie trzeba wysadzać elektrowni, by zatrzymać go na chwilę. Wystarczy przecież samemu zatrzymać się na chwilę...

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

O własnej teorii Sztucznej Inteligencji

Pomysł ten pojawił się już pewien czas temu w mojej głowie. Zawierać będzie pewne uproszczenia, chociażby ze względu na stan dzisiejszej wiedzy o strukturze umysłu, a dodatkowym ograniczeniem jest też moja wiedza, która z wiedzą wszystkich badaczy, choć niewielką, również nie może się równać. Inspiracje są dwie - najpierw kilka z trudem przeczytanych stron wstępu do Summy Technologiae Lema, a ostatnio nowy wynalazek konstruktorów mikroelementów (teraz już nanoelementów), cząsteczka poddająca się kontrolowanej polaryzacji o wielkości 1,5 nanometra.

Wracając do pierwszej inspiracji, mogę śmiało stwierdzić, że daje wiele do myślenia. Dokładnego cytatu tu nie przytoczę, ale rzecz sprowadzała się do faktu, że Natura stworzyła nas rozumnymi (oczywiście drogą doboru naturalnego), ponieważ dawało nam to największe przystosowanie do życia w środowisku. Można więc przykładowo dojść do wniosku, że możliwość podejmowania świadomych decyzji zależała np. od powtarzających się co pewien czas zlodowaceń. Ze względu na brak innych atrybutów, które dawałyby nam przewagę nad mniejszymi zwerzętami (chociażby szybkość, siła, czy też możliwość widzenia nocą), wszystko musieliśmy wypracować z pomocą naszego umysłu. Najprawdopodobniej, obok nas znajdowało się wiele innych, mniej, lub bardziej rozwiniętych małpoludów, którzy nie przetrwali panujących warunków, co skończyło się podziałem na małpy i ludzi.

Przyjmując to za aksjomat, możemy zaobserwować dwie rzeczy - aby rozwinąć świadomość, potrzeba możliwości jej zaistnienia, oraz przyczyny, dla której powstanie.

Teraz mała dygresja - skoro tak, to gdy dojdziemy do poziomu, gdzie każdy będzie miał jedzenie i zabawki (w dowolnym pojmowaniu tego słowa) na wyciągnięcie ręki, okaże się, że świadomość przestanie nam być potrzebna, i może wreszcie staniemy się łagodnym bydłem.

Zastanówmy się teraz nad podstawową, fizyczną budową mózgu. Jakby nie patrzeć, jest to bardzo pojemna pamięć, która posiada możliwość łączenia różnych relacji ze sobą. Pamięć ta ma możliwość przyjmowania sygnałów oraz, korzystając z relacji, kojarzenia faktów z nimi powiązanych, a następnie zwracania odpowiednich sygnałów, tym razem odpowiadających za reakcję.

Pamięć jest podzielona na kilka sektorów - pierwszy zawiera elementarne odruchy i jest najniższym jej typem. Drugi, najmniej poznany, to podświadomość, a trzeci to świadomość. I tutaj można przyrównać do niej (generalizując, oczywiście) system operacyjny, gdzie nie musisz wiedzieć nic o poszczególnych elementach składających się na komputer, by go użytkować.

Jedną z rzeczy, którą posiadamy, to automatyczne usuwanie bądź degradowanie niepotrzebnych wiadomości - wnioskuję, że bez tego, w wieku kilkudziesięciu lat potrzebowalibyśmy bardzo długiego czasu, aby przekopać się przez wszystkie informacje związane z czymś, by dotrzeć do jednej informacji, której potrzebujemy.

Nieznana jest nam natomiast szybkość i pojemność mózgu. Niewiadomo, czy gdyby spiąć odpowiednio wszyskie komputery na świecie w jedną, odpowiednią sieć, mogłyby one konkurować z pojedynczym mózgiem. Wiadome są nam natomiast pewne testy wydajnościowe - np. możliwość odtwarzania całych filmów we wspomnieniach w mgnieniu oka, czy też pamiętanie muzyki, obrazowy język programowania, którym posugłujemy się tylko w wyobraźni, nie mogąć znaleźć odpowiedniego sposobu komunikacji z innymi, by móc prekazać tak wielkie dane.

Pomyślmy sobie teraz o przykładowym obiekcie sztucznej inteligencji. Możemy postawić sobie pewną dość logiczną tezę: aby jego umysł działał poprawnie, poszczególne jego elementy powinny być jak najbliżej siebie. Aby brzmiało to ładnie, można założyć, że bez odpowiedniego współczynnika gęstości pamięci: cośtamBajt/cm3, nie możemy marzyć o stworzeniu działającej SI. Dlatego właśnie, odkrycie tak małego elementu konstrukcyjnego, jak wyżej wspommniany uważam za duże osiągnięcie idące w tym kierunku.

Oczywiście, im więcej sygnałów dochodzących do niego, tym szybciej się nasz obiekt nauczy je rozpoznawać. Zauważmy, że dziecko uczy się używać samego mózgu i narządów zmysłu w ciągu kilku lat, więc po maszynie nie można wymagać, że od razu uzna wszystko za naturalne.

Jak to dziecko poznaje właściwą metodę np. widzenia? Korzystając z innych zmysłów, które są prostsze, a pozwolą mu dotknąć obiekt. Jest to dość skomplikowane (bo trzeba przyjąć fakt, iż wszelkie wytwarzanie się relacji w mózgu poza zmianami, które odczuwamy wywołuje rekursywne zmiany w wielu innych sektorach pamięci, które są o wiele subtelniejsze, a skutkują przypominaniem sobie czegoś zupełnie niezwiązanego z tematem, gdy zastanawiamy się nad nim), ale ogólnie sprowadza się do wylosowania pewnej grupy możliwości, testowania po kolei metodą prób i błędów wyników, póki nie dadzą wszystkie jednolitego odczytu. Można przypuszczać, że gdyby nie pozwolić mu się ruszać i obracać głowy podczas rozwoju, miałoby kłopoty z poprawnym rozpoznawaniem sygnałów płynących ze zmysłów.

A uczucia? Jeśli przyjąć je za wywoływane sygnałami wychodzącymi wstrzykiwane neuroprzekaźniki do organizmu, i to jesteśmy w stanie zasymulować naszej maszynie, wprowadzając systemy wykonawcze, które będą mogły np. polepszyć działanie całego układu, kiedy dostarczany jest odpowiedni sygnał. Oczywiście, obiekt nie może mieć bezpośredniego dostępu do tego. Z pewnym czasem nauczy się, że wykonując odpowiednie czynności czuje się lepiej. Więc zacznie je robić znowu. Niezwykle proste, ale przecież budowanie układów przystosowujących się polega tylko na określeniu pewnych prostych założeń.

Wniosek - gdy poznamy dogłębnie budowę naszego umysłu, wtedy prawdopodobnie stworzenie odpowiednika człowieka nie będzie zbyt trudne. Inna sprawa, czy poznanie własnego umysłu mieści się w jego zasięgu?

A pytaniem dnia jest - czy robot będzie mógł osiągnąć telepatię?

Odpowiedź jest taka sama - gdy dowiemy się, czym jest telepatia, to będziemy mogli chociaż spróbować ją naśladować.

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Nie ukazuj innym słabości?

W czasie wojny, przyznanie się do porażki jest czymś niehonorowym. Lepiej zginąć, niż poddać się najeźdźcy. Ta postawa, żywcem wyjęta z dziejów średniowiecznej Japonii, stosowana jest również w teraźniejszości, jak miałem okazję się przekonać, czytając dwa posty - komentarz Piotra Mikołajskiego do wpisu Belloisa, oraz odpowiedź Belloisa na ten wpis. Zmieniło się pole walki... nie tylko, co potwierdzę w dalszej części postu.

Z tak ogólnego punktu widzenia do tej postawy ciężko się przyczepić. Jednym może wydać się rycerska, drugim głupia, ale będzie to bardziej odczucie, niż konkretne argumenty. Jak zwykle jednak, diabeł tkwi w szczegółach.

Na przykładzie bowiem wpisów, za którymi linkuję, można spłycić i uogólnić szczególny przypadek, który zawsze kończy się źle. Gdy uczeń atakuje mistrza, robi to, zazwyczaj uważając się za lepszego. Szybko zostaje sprowadzony do parteru i wtedy, miast podziękować za wyniesioną naukę, atakuje znów. Za drugim razem mistrz jednak wyciąga swój miecz z pochwy, a uczeń nie ma szans.

Na forach, grupach dyskusyjnych, czy też coraz częściej na blogach zdarzają się podobne sytuacje. Aktualnie zwą się one flamewarami. Problem w tym, że nie można raz, a dobrze uśmiercić piszących (w legalny sposób), co sprowadza następnie taką potyczkę do walki psów. Wytaczane argumenty stają się gorszące, a żadna ze stron nie chce się przyznać do porażki, bo oznaczałoby przyjęcie na siebie całej tej masy obelg.

Najciekawsze jest to, że wszyscy powiązani konfliktem są przekonani, że uda im się przekonać przeciwników.

Przez pewien czas wydaje się to zabawne dla postronnego obserwatora, potem robi się tylko nudne. Wraz z narastającym czasem oderwanie poszczególnych stron od flamewara staje się trudniejsze, a zdarza się także, że walczący zapominają, o co na początku poszło. Bo przecież chodzi tylko o to, aby dopiec przeciwnikowi.

Błogosławionym jest ten, który kontroluje swe emocje i jest w stanie zakończyć wojnę w dowolnym czasie. Aniołem jest ten, który nigdy się nie wdaje w takie walki, a każdą zaczepkę obraca w żart, często na swój temat. Bogiem (a jakże!) jest ten, który na dodatek wyłoży swoją opinię w sposób akceptowalny dla przeciwnika.

Do metafizycznej postaci jeszcze mi daleko. Dlatego zawsze, gdy z kimś rozmawiam, zostawiam otwartą furtkę dla jego opinii, czemu miałbym odgórnie uważać, że żadna z nich nie okaże się trafniejsza od mojej?

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Dlaczego cywilizacja się nie rozwinęła

Drzewiej, a mam tu na myśli odległe czasy, dla rozeznania przyjmując okrągłą liczbę dziesięciu tysięcy lat, człowiek zdobywał pożywienie przez dwanaście godzin na dobę. Przez drugie dwanaście odpoczywał - bo ile można ganiać za zwierzyną?

Dziś, spora liczba ludzi walczy o jedzenie przez szesnaście godzin na dobę, aby mniejsza grupa mogła pławić się w luksusie ośmiogodzinnego dnia polowań.

Czy... ?

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Stresujmy młodych

Jakiś czas temu odezwała się do mnie nieznajoma z pytaniami odnośnie szkoły, do której chodzę. Odbyliśmy więc rozmowę, a że dziewczę potrafiło posługiwać się językiem polskim, to i nie uważam czasu na nią przeznaczonego za stracony. Niby wszystko w porządku, ale...

Jako jeden z pierwszych roczników miałem możliwość zdawania egzaminów gimnazjalnych. I przez całe trzy lata wpajano mi, że jeśli nie uzyskam dobrych wyników, to już mogę się powiesić. Teraz, w liceum jest dokładnie tak samo, tylko nazwa testu się zmieniła. Zdasz, albo kula w łeb. Przypomina to mobbing; pociąga za sobą przykrą konsekwencję - odruchowy strach przed samym egzaminem.

Tak samo jest z wyborem szkoły - wybierz najlepszą, bo tylko wtedy przeżyjesz. To z tego powodu powstały egzaminy do liceum i komputerowe systemy rekrutacji. Sekretariaty poszczególnych szkół nie mogły sobie poradzić z natłokiem uczniów zmuszanych do wybrania "dobrej" szkoły, a te "złe" świeciły pustkami. Jak widać, rozwiązanie to jest tylko obejściem problemu, jaki stworzył się poprzez wpajanie odpowiednich mantr dzieciom. I tutaj też należy się bać, bo inaczej utopisz się w wyścigu szczurów.

Wracając do osoby, od której zacząłem: wszystko byłoby w porządku, gdyby nie dwie rzeczy. Primo, że zadała te pytania pod koniec drugiej klasy gimnazjum, czyli cały rok przed końcem szkoły. Secundo, że panicznie bała się o egzamin. Czyżby stres?

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Truskawki to zło

Są czerwone, mają rogi (zielone), kuszą, a świadomość ich smaku jedynie podsyca pożądanie. I jak tu stwierdzić, że nie są one diabelskimi pomiotami, bliżej, czy dalej związanymi z sukubią naturą?

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Z obserwacji

Ludzie dziwnie się zachowują, kiedy idę przez miasto z uśmiechem na ustach. Czasami miewam wrażenie, że nie mają pojęcia, jak na to zareagować. Czyżby był to aż tak niespotykany gest?

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Bić bijących

Paradoks? Ale przecież do tego sprowadzają się wszelakie zależności pomiędzy grupami fanatyków. Od sekt różnią się dwoma szczegółami. Pierwsza - posiadają znakomicie zarysowane sylwetki swych wrogów, druga - ich przywódcy zazwyczaj także wierzą w swą ideologię, czym odróżniają się od liderów sekt, którzy robią tylko biznes na swoich poddanych. Jak widać, fanatycy są więc bardziej niebezpieczni od sekt, a o tych pierwszych pierwszych się jednak częściej mówi, by odwrócić uwagę od innych, ważniejszych spraw, a także ze względu głównych światowych religii, które to nie życzą sobie konkurencji.

Fanatycy mogą stać się narzędziem polityki. Jeśli umiejętnie nimi pokierować, można szybko dojść do jakiegoś celu, jednak jednocześnie należy uważać na przekroczenie granicy racjonalności - wtedy i hipotetyczny polityk staje się bezmózgim idiotą, jak reszta. Druga rzecz, na którą należy zwrócić uwagę, to niestabilność tej grupy, o ile nie jest zbyt trudno ich pozyskać, utrzymanie nastręcza już pewnej trudności, a wyrzucenie ich jako zepsutej zabawki może skończyć się katastrofą.

Dla osoby postronnej ideologia takiej grupy jest całkowicie idiotyczna - zawsze się sprowadza do bicia tych, którzy mają cokolwiek innego. Całkowite oddanie temu celowi wynika prawdopodobnie z całkowicie podświadomej ludzkiej potrzeby posiadania wroga, wspartej żądzą krwi, czy, przykładowo brakiem perspektyw lub chęcią zabicia nudy. Działanie to skutkuje powstaniem niebezpiecznej mieszanki debili, imbecyli kwadratowych, tudzież innych idiotów, zarządzanych przez całkowicie niekompetentne osoby.

Bijmy ich! :)

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Zabawy z bronią

Film M. Moore'a pokazywano wczoraj wieczorem na TVP2.

Zastanawia mnie jedno - jak ten facet potrafi z różnych kawałków stworzyć paradokument, podczas trwania którego przekonuje większość widzów do swojego zdania?

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Dlaczego nie warto się martwić o przyszłość energetyki

Jeżeli przyjmiemy artykuł Efekt Searla - generatory elektryczności i latające dyski za wiarygodne źródło informacji, to nasuną się dwa następujące wnioski. Pierwszy, że w razie wydobycia znanych źródeł ropy mamy zapewnione alternatywne źródło energii, drugi, że to nie musi być jedyna rzecz, z której się nie korzysta, gdyż aktualna działalność przynosi sprzedawcom większe dochody.

Sama koncepcja tegoż generatora (dość ciekawa zresztą; teoria mówi, że SEG pozwala na wytworzenie energii elekrtrycznej z cieplnej za pomocą odpowiedniego ustawienia/poruszania pól magnetycznych), gdyby została wprowadzona natychmiastowo, najpewniej wytworzyłaby globalny kryzys gospodarczy, a dość prawdopodobny jest fakt, że mogłaby się ona zakończyć wojną, gdyż koncerny paliwowe raczej nie chciałyby nikomu oddawać swojej kury znoszącej złote jajka.

Wracając do wiary - nie powiem, że całość nie jest dość wątpliwa. Jednak warto jest wierzyć w coś, jeżeli miałoby to nam poprawić humor i sprawić, że będziemy mogli przestać martwić się czymś, w tym wypadku naszą przyszłością. Tak więc i ja wierzę.

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Moneta

Dziw, że dnia wczorajszego, w rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja, udało mi się znaleźć polską monetę z okresu międzywojnia.

Awers pięćdziesięciogroszówki z 1923r.
Rewers pięćdziesięciogroszówki z 1923r.
Awers i rewers pięćdziesięciogroszówki z 1923r.

Sama moneta podoba mi się o wiele bardziej, niż dzisiejsze. I to nie tylko dlatego, że z aktualną walutą spotykam się na codzień - artysta włożył więcej finezji w zaprojektowanie tamtej monety.

Przyglądając się orłu, który to zdobił tą monetę, zacząłem odczuwać dumę z faktu bycia Polakiem. Ot, katalizator, dzięki któremu ujawniły się moje uczucia silniej, niż zazwyczaj.

Pokusiłem się o przerysowanie orła na większy format - tak mi to wyszło.

Denerwuje mnie bardzo, gdy ludzie narzekają na swoje pochodzenie z tak błahego powodu, jak idiotyzm władzy. Ciekawi mnie, czemu miast na państwu psy wieszać nie zrzucają winy na swe matki, z indukcji bowiem wynika, że to przez nie doświadczają oni niepowodzeń. I od kiedy to państwo ogranicza się do dwugłowego kaczora i jego świty?

Widzę, że wojny nam brakuje.

Wierzmy jednak, że uda się nam uczynić kolejny krok do przodu, i jeszcze jeden. Bez udziału konfliktu zbrojnego. Wierzmy, bo przecież w coś musimy wierzyć. W oparciu o tą wiarę starajmy się krzewić w sobie patriotyzm. Bo przecież jeszcze nie jest źle. Od początku istnienia Polski nigdy nie staliśmy się nomadami.

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Nowa, lepsza historia tylko u nas

Stoję obrócon tyłem do telewizora, w tle pojawia się reklama Faktów TVNu. Jako że nie widzę, coż to porusza się na ekranie, mogę z czystym sumieniem ocenić samo przesłanie kryjące się w słowach, porównać je z innymi reklamami, jak to miewam w zwyczaju i przekonać się, czy to dobra reklama, przyjmując zasadę, że dobra reklama składa się z równie dobrych składników, razem stanowiąc coś więcej, niż tylko ich sumę. Idąc dalej tym tropem można zauważyć, że im lichsza oprawa dźwiękowa, tym mniejsze szanse na udany marketing. Co ciekawe, reguła ta odsiewa zatrważającą ilość reklam.

Odnosząc się do samej reklamy faktów, początek jej był niezrozumiały, jako że nie miałem pojęcia, jakiż to produkt promowano. Gdy nieznajomy głos (choć raczył uprzejmie podać swoje nazwisko, a nawet zrobił to trzy razy) odkrył przesłanie swego ciągłego powtarzania, rozpoczęła się typowa seria haseł propagandowych. Więcej tego! Więcej tamtego! Zaprezentujemy wam lepszą...

Bałem się, że nie będą się kryli z prawdą na temat ich programu. Bałem się, że newralgiczne słowa zostaną wypowiedziane.

Zaprezentujemy wam lepszą, poprawioną historię świata. Nasze wydarzenia będą miały więcej z wydarzeń, niż kiedykolwiek.

Kryją się, skubańce. Usłyszałem tylko... jakość Faktów.

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Natarczywość ludzka

Mam znajomą. Ot, nastolatka, jakich wiele. Zapewne nie czytała żadnych dokumentów traktujących o Netykiecie, na pewno nie przeglądała Usenetu, gdzie nauczyłaby się tego w mig.

Prowadzi fotobloga na jednym z wiodących portali. Jej zdjęcia nie są żadnymi dziełami sztuki - najzwyklejsze w świecie fotki swoje i swoich koleżanek. Zazwyczaj nie ma żadnych krajobrazów, czy martwej natury. Oczywiście różnice między portretem, a portretem też istnieją i, niestety, muszę przyznać, że oceniam je jako niezbyt wartościowe.

Wszystko byłoby w porządku, w końcu nie jest ona osamotnionym wyjątkiem w Internecie. Ale osoba prosząca przez komunikator (Gadu-Gadu oczywiście) o skomentowanie zaczyna przekraczać granice jakichkolwiek norm etycznych. Ta natarczywość byłaby jeszcze znośna, gdyby nie status, który przeczytałem niedawno. Nie mam zamiaru przytaczać go dosłownie, jako, że szanuję cudzą prywatność. Brzmiał on mniej więcej tak: Piszcie komentarze; Mam nowe zdjęcia, jednak nie opublikuję ich, dopóki ilość komentarzy do ostatniego wpisu nie będzie mnie zadowalała.

Za taką nachalność i bezczelność winno się strzelać. Nawet ja mam swoje granice - rzecz, której nienawidzę, to przymuszanie do robienia określonej rzeczy bez żadnego wymiernego sensu.

Spoglądając na komentarze, mogę przypuszczać, że dość duża część z nich, to kłamstwo, pisane przez komformistów. W pewnym sensie i ja taki jestem - chociaż przyznam szczerze, że nie kłamię w wypowiedziach, którymi się podpisuję - jedynie staram się ubierać to, co myślę w jak najlżejsze słowa.

Mogę domyślać się, czy lepiej by było przejąć część obowiązku wychowawczego na siebie i zdusić problem w zarodku, skoro rodzice tego nie potrafią. Mogę domniemać, co spowodowałaby zmiana mentalności człowieka - odczuwanie odpowiedzialności zbiorowej i dbanie nie tylko o siebie. Niestety, jeden człowiek tego sam nie zmieni, ale, z drugiej strony, każda wielka idea była zapoczątkowywana właśnie przez tą mikrą jednostkę. To daje pewną nadzieję.

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Jacy ludzie nie są.

W telewizji znów o ptasiej grypie. Temat dobry, bo chwytliwy straszliwie. I oczywiście zupełnie mnie nie ochodzący - zazwyczaj nie interesuję się sprawami, na które mam bardzo nikły wpływ.

Mimo to - prosty wniosek się nasuwa sam. Choroba ta, jak większość obecnych jest spowodowana rozwojem 'technologii' i 'cywilizacji'. A najbardziej groteskowe staje się to, że robimy wszystko, by nie uświadomić sobie prostej prawdy: to my w tym świecie jesteśmy problemem, a nie świat wokół nas.

Najlepsza droga? Zmienić mentalność. Oczywiście, inne wyjścia polegałyby głównie na zwiększeniu kontroli. Ale nie po to mamy wolną wolę, by ją nam zabierano. Nie ma sensu również wyniszczanie siebie - powie nam o tym chociażby instynkt. Co prawda, gdyby nie uwzględnić naszego gatunku w rozrachunku, to nie jest wcale taki głupi pomysł. I Ziemia poczułaby się lepiej, i zwierzęta (nie mogę znaleźć linka, a szkoda - niedawno na Gazeta.pl ukazał się ciekawy news traktujący o nowoodkrytym terenie, na którym nie postanęła noga ludzka. Co ciekawe, zwierzęta tam mieszkające w żaden sposób nie bały się naukowców. Porównanie z tym światem, który podbliliśmy jest uderzające).

Jeżeli jesteśmy typowym społeczeństwem i nie odstajemy od normy, to mogę wysnuć jedną myśl - Natura nie powinna wynajdywać inteligencji.

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane

Kolor różowy

Dzisiejszy wpis będzie poświęcony wyjątkowo kontrowersyjnej sprawie, jaką jest... różowy kolor.

Okazuje się, że wielu ludzi odczuwa na myśl o nim niesmak. Delikatnie mówiąc. Kiwanie głową z politowaniem, parskanie śmiechem, miny obrzydzenia, czy ironicznego niedowierzania (zapewne z myślami typu: "Kpisz, czy o drogę pytasz?") to często spotykane reakcje na pytanie "czy lubisz różowy?".

W ząb nie rozumiem takiej reakcji. Czyżby biali ludzie nienawidzili jednego z naturalnych kolorów ich skóry? Potwierdzeniem może być degeneracja naturalnego wizerunku obecna w trendach mody. Tak jest, wampirza bladość wróciła do łask. Okazuje się, że zaróżowienie się jest oznaką słabości, która przecież plami honor! Ba, w środowisku szkolnym spotkałem się nawet z używaniem określenia "burak" na osobę, która oblewała się rumieńcem dość często (i to nie tylko ze wstydu/gniewu, tylko przy wyrażaniu jakichkolwiek gwałtownych emocji). Tylko, że zazwyczaj wyglądała ładniej, niż pozostałe. Ścianę to ja mam w domu.

A może chodzi o to, że przypadkowo określając się jako osoba lubiąca różowy kolor stajemy w oczach innych na równi z gronem postrzelonych nastolatek? Chwila, moment. Środowisko ma wmawiać jednostce, co jej wolno, a co nie? A co ich obchodzą moje preferencje? Mam prawo do robienia wszystkiego, póki nie będzie to szkodziło innym. A od reszty niech się serdecznie od... oddalą.

Ma ktoś chociaż jeden sensowny argument przemawiający przeciwko temu zacnemu kolorowi?

Ciekawe, że nikomu nie przeszkadza standardowy kolor gumek nasadzonych na ołówek. Bo jest on dziwnie... różówy. ;)

Zobacz komentarze Trackback dodajdo.com Zobacz pełne metadane
Wcześniejsze wpisy Na górę
Reklamy Google